Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fulgance. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fulgance. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

Cena zwycięstwa. Rozdział 50 - EPILOG




To początek

Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na trawniku przed Norą, jej głowa odchylona do tyłu by złapać ostatnie promienie popołudniowego słońca. Jej długie włosy opadały na plecy jak ruda kurtyna. Były w nieładzie. Kąciki jej ust były wykrzywione w dół, a oczy szczelnie zaciśnięte by osłonić się od mocnego słońca. Ginny wyglądała na zamkniętą w sobie, a jego serce zacisnęło się kiedy przypomniał sobie ostatni raz, kiedy się uśmiechała. Tym prawdziwym uśmiechem, tym szerokim, który sprawiał, że jej oczy błyszczały, wyrażały jej uczucia, kiedy język nie potrafił. Tym, który sprawiał, że chciał pisać dla niej wiersze chociaż wiedział, że i tak by ich nienawidziła.

Jego oczy są zielone jak świeże ogórki… Nadal pamiętał głos tego karła, recytującego wiersz napisany dla niego przez Ginny. Pamiętał zmieszanie jakie czuł i pamiętał jak Ginny się zaczerwieniła. Wspomnienie ukuło go w klatkę piersiowa kiedy przypomniał sobie resztę swojego drugiego roku. Kiedy ona wysłała mu ten wiersz z okazji Walentynek, a on uratował ją przed bazyliszkiem. Jak bardzo się zmienili od tego czasu…. Najpierw była przyjaźń, a potem… coś więcej. Tylko po to, by zakończyć się w taki sposób: ledwie byli w stanie na siebie spojrzeć, nie wspominając już o przeprowadzeniu rozmowy. Nie wiedział kiedy coś się popsuło.

Czy wtedy, kiedy umarł Fred? A może wtedy kiedy ona wróciła do Hogwartu kiedy on szukał Horkruksów? Może wtedy, kiedy zakończył wszystko pomiędzy nimi? A może naprawdę było tak, jak powiedziała, że to on zmienił się podczas wojny? Myślał, przez kilka godzin po bitwie, że wszystko będzie w porządku. Ale coś poszło bardzo źle i nie był pewien, co. Jedyne czego był pewien kiedy patrzył na Ginny, tak jak teraz, to to, że czuje to, co czuł kiedy patrzył na nią z Deanem: pogmatwaną mieszankę straty, bezużyteczności, potrzeby i zmieszania. Trzymał się tego uczucia desperacko, jak nadziei, jak znaku, że wszystko może jeszcze być tak jak wcześniej.

Kiedy patrzył, Ginny wypuściła z siebie powietrze i otworzyła oczy.

- Wiem, że tam jesteś, Harry.

Serce podskoczyło mu do gardła – więcej nadziei. Był zaskoczony, że wyczuła jego obecność. Podejrzewał, że wiedziała, że często na nią patrzył. Szokującą częścią było to, że postanowiła mu o tym powiedzieć. Że się do niego odezwała.

Ruszył zza drzewa, które prawie w ogóle go nie zakrywało, niepewny czego oczekiwać, i spojrzał w oczy Ginny.

Uśmiechnęła się smutno, tym nieprawdziwym uśmiechem.

- Wiesz, niektórzy powiedzieliby, że to chore.
- Niektórzy powiedzieliby, że romantyczne. – powiedział, a potem przygryzł dolną wargę.

Ale Ginny nie miała mu chyba tego za złe. Prawdę mówiąc, uśmiechnęła się szerzej, cieplej.

- Pozwolę tobie zadecydować, do której grupy ja należę.
- Mam nadzieję, że nie tej pierwszej. – powiedział ostrożnie Harry – Ale raczej nie tej drugiej.

Jej brązowe oczy były smutne, pomimo uśmiechu.

- Raczej nie. – zgodziła się – To chyba zależy od twoich intencji.

Jego serce zaczęło bić nierówno. Nie dlatego, że uważał, że ona z nim flirtuje, ale dlatego, że nie rozmawiali od czasu Świąt (a ta rozmowa oczywiście nie była miła), a w ostatnim zdaniu żądała odpowiedzi. To było zaproszenie do kontynuacji, a Harry nie potrzebował zbyt wiele zachęty.

- Chciałem cię zobaczyć.
- Widzisz mnie prawie każdego dnia. Mama ciągle zaprasza cię na obiad.
- Tak, ale… nie w ten sposób. Nie tak zamkniętą i ostrożną.

Tak ostrożną w jego obecności, nawet bardziej niż kiedy byli młodsi i go uwielbiała.

- Chciałem zobaczyć ciebie. Tylko ciebie. Nie… nie to, co zdarzyło się między nami.

Kiwnęła głową, jakby miało to sens.

- I to mnie widzisz, kiedy jestem sama?
- Tak.
- Więc co ja muszę zrobić, żeby zobaczyć ciebie? – zapytała zachrypniętym głosem.

Jego całe ciało drżało. Pytania. Odpowiedzi. Rozmowa. Podszedł do niej bliżej. Patrzyła na niego, ale nic nie powiedziała.

- To ja. – powiedział, rozciągając ramiona – Nie taki, jakiego znałaś mnie kiedyś. Teraz zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, że miałaś rację, zmieniłem się. Ale… to nadal ja, Ginny.

Jej oczy błyszczały, ale nie wiedział czy to od łez, od słońca odbijającego się w nich, czy może od czegoś kompletnie innego.

- Wiem. – powiedziała – Wiem o tym. Jesteś sobą, tak jak ja, ale… już do siebie nie pasujemy.

To zabolało. Zabolało bardziej niż Harry sobie kiedykolwiek wyobrażał, ale nie pokazał tego po sobie. Ona mówiła do niego, próbowała coś zmienić, a on nie miał zamiaru przepuścić takiej okazji.

- Myślę… myślę, że tak do końca się nie zmieniliśmy. Nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi, ale… część nas zniknęła. Więc już nie pasujemy do siebie tak jak kiedy. Jesteśmy… postrzępieni.
- Postrzępieni. – powtórzyła Ginny. Samotna łza spłynęła po jej policzku. Nienawidził widzieć jej płaczącej – Kiedyś Luna powiedziała coś podobnego. Zagubione fragmenty… są rzeczy które zostawiliśmy w tyle, prawda? Już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. – jej głos zamienił się w szorstki szept – Fred nigdy nie wróci.
- Nie. – powiedział – Nie wróci. Żadne z nich.
- Więc już zawsze będzie czegoś brakować?

Chciał, tak bardzo, powiedzieć jej, że nie, oczywiście, że nie.

- Tak. Tak sądzę. Ale… nauczysz się z tym żyć, wiesz? Kiedy Syriusz umarł… wiem, że to nie to samo. – powiedział szybko – Nie chciałem…

Roześmiała się dziwnie.

- Nie przesadzaj. Syriusz był twoją jedyną rodziną.

Był zaskoczony.

- Tak… to prawda.
- Jak… jak przez to przebrnąłeś? – zapytała miękko – Jakim cudem znów byłeś szczęśliwy?

Spojrzał na nią uważnie.
- Ty pomogłaś. – powiedział szczerze – Bardzo. Ty, Ron i Hermiona.
- Już nie mogę ci pomóc. – powiedziała – Teraz jestem dla ciebie bezużyteczna. Ja nie… Ja po prostu nie mogę.

Nie wiedział gdzie znalazł odwagę – odwagę gryfona – ale to zrobił. Przeszedł kilka kroków, które ich dzieliło i usiadł naprzeciwko niej. Wziął jej dłonie w swoje, patrząc jej prosto w oczy, które były czerwone od płaczu.

- Nie jesteś bezużyteczna. – powiedział – Na pewno nie dla mnie.
- Więc czym dla ciebie jestem?

Na ułamek sekundy przestał oddychać. Słowa zawisły między nimi, ciężkie, pełne desperacji, zamotane. Czym dla ciebie jestem? Pytanie dzwoniło mu w uszach. Czym dla ciebie jestem?

- Nie wiem. – powiedział wreszcie – Ostatnio niczego nie wiem.

Ginny szybko kiwnęła głową. Nie zabrała swoich rąk. Przez chwilę siedziała w ciszy, szybko mrugając by pozbyć się łez, a potem jej spojrzenie zawisło nad czymś w oddali, nad jego ramieniem. Odwrócił głowę by zobaczyć na co patrzyła. Słońce się chowało i pokrywało niebo odcieniami różu i pomarańczy.

- Lubię zachody słońca. – mruknęła Ginny – Razem z Luną, tego roku w Hogwarcie często je oglądałyśmy.

Nie musiał pytać, co ma na myśli.

- To było coś… stałego. – kontynuowała Ginny zabierając ręce i oplatając się nimi kiedy wiatr zawiał mocniej.

Próbował nie przejmować się utratą jej dotyku.

- Głupia, piękna stała w świecie, gdzie wszystko było popaprane i nieprzewidywalne. Wydaje mi się, że to pomogło. Nadal pomaga.
- Co się stało? – zapytał – Tego roku. Nigdy mi nie powiedziałaś… tak naprawdę nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
- O moim roku czy twoim?
- Twoim. – uśmiechnął się smutno – Wydaje mi się, że wiesz już chyba wszystko o moim. Ron i Hermiona pewnie ci powiedzieli większość.
- Trochę. – poprawiła go – Nie powiedzieli mi wszystkiego. Na przykład nie wytłumaczyli tego, kiedy myśleliśmy, że nie żyjesz…
- Przepraszam.
- Możesz sobie wyobrazić jak się czułam? – powiedziała ostrym głosem, a potem dodała – Przepraszam. Nie powinnam była…
- Nie, nie. – powiedział szybko - W porządku. Opowiem ci… kiedyś.

Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Możesz mnie zapytać, Ginny. Możesz pytać mnie o wszystko. Po prostu ze mną rozmawiaj. Chciał by to wiedziała.

- Odwróć się. – powiedziała Ginny, odwracając wzrok od jego intensywnego spojrzenia.

Zrobił to. Odwrócił się i przesunął tak, że teraz siedział obok niej, spoglądając na zachód słońca za Norą.

- Kiedyś myślałam – powiedziała bardzo cicho Ginny, patrząc do przodu – że świat się zmienił. Że ty się zmieniłeś. Że Hogwart się zmienił. Że wszystko wokół mnie się zmieniło. Ale teraz myślę… myślę, że to ja się zmieniłam. Może po prostu widzę wszystko nową parą oczu. I te rzeczy są zniekształcone w porównaniu do tego, co kiedyś widziałam, dlatego myślę, że się zmieniły. Więc lubię oglądać zachody słońca… bo one nadal są takie same. Harry, czy myślisz, że to kiedykolwiek będzie łatwiejsze?
- Nie. – powiedział – Nie sądzę.

Kiwnęła głową. Słońce prawie już zniknęło.

- Ostatni rok był inny. – powiedziała wreszcie – W Hogwarcie było strasznie. Chyba słyszałeś o najważniejszych rzeczach od Nevilla.

Podciągnęła rękaw swojej białej bluzki, ukazując około pięciu przecinających się blizn wzdłuż jej przedramienia. Harry nie widział ich wcześniej. Nosiła długie rękawy. Teraz wiedział dlaczego.

- Tutaj też miałam kilka. – powiedziała, dotykając policzka jedną ręką – Tak jak Neville. Ale te można było wyleczyć. Oszczędzali te gorsze zaklęcia na miejsca, które można było ukryć, jak ramiona. Tą dostałam… - wskazała na źle wyglądającą, potarganą bliznę na ręce – po tym jak po raz pierwszy napisaliśmy ‘Rekrutacja Trwa’ zaraz obok Wielkiej Sali. Ale nie łapano mnie zbyt często, wiesz. Czasami Snape przejmował nasze kary i wtedy nic nam nie robił. Wtedy tego nie rozumiałam, ale teraz chyba wiem. Hermiona mi o nim opowiedziała.

Kiwnął głową.

- Te gorsze kary nie pochodziły jednak od Carrow’ów. Ale od Pionków.
- Kogo?
- Pionków. Śmierciożerców w szkoleniu. Nie prawdziwi Śmierciożercy, ale czysto krwiści Ślizgoni pod pełną kontrolą Carrow’ów.
- Masz na myśli… - fala odrzucenia uderzyła w Harry’ego – Chcesz powiedzieć, że uczniowie was krzywdzili?
- Oczywiście. Neville ci nie powiedział? To była część przedmiotu – Czarnej Magii. Ale to nie bolało tak bardzo. – powiedziała Ginny, drapiąc jedną z blizn – To byłą sama idea tego… to było straszne. Carrow’owie wiedzieli o tym.
- Oni wrócili? – zapytał Harry – Któreś z nich wróciło do Hogwartu w tym roku?

Ginny kiwnęła głową.

- Tak. Kilkoro z nich. W tym roku było tylko kilku ślizgonów, ale…
- Jakim cudem o tym nie wspomniano na żadnych procesie? – chciał wiedzieć Harry.
- Bo nikt by nie zeznawał. Rozwiązaliśmy to między sobą. Naville i ja… całe GD się z nami zgodziło. Oni też musieli się bać.
- Jak to?

Ginny rzuciła mu zniesmaczone spojrzenie.

- A ty nie zrobiłeś podczas tego roku czegoś, co wolałbyś zapomnieć? Czegoś, czego się wstydzisz?
- Cóż, tak, ale…
- To była wojna, Harry.

Niebo pociemniało kiedy słońce nareszcie zniknęło za horyzontem. Blask opuścił oczy i włosy Ginny, ale jej blada skóra zdawała się świecić w półmroku.

- Ci ludzie… oni równie dobrze mogli być nami, wiesz? Byli w naszym wieku. Carrow’owie ich przerażali. Nas wszystkich. Nie zasłużyli na Azkaban z tego powodu.
- Ale…
- Jeden z nich – powiedziała Ginny – nawet odprowadził mnie do Wieży Gryffindoru po wszystkim. Mogłam pójść sama, ale chciał być pewien, że dotrę na miejsce, i że będzie tam ktoś, kto się mną zajmie. On nigdy tak naprawdę nie przeprosił, ale wiedziałam, że mu przykro. Większość z nich nie chciała tego robić. Tak samo jak my nie chcieliśmy by to robili, Harry. Oni nie mieli wyboru. Neville się mną zajął kiedy dotarliśmy do Wieży i on… on podziękował temu chłopakowi. Wszyscy się tak czuliśmy, serio. To byliśmy My, uczniowie, przeciwko Nim, Carrow’om. Może Ślizgoni nie byli po prostu tak bardzo otwarci mówiąc to, jak my. Myśleli, że Voldemort zwycięży. Ale tak naprawdę nie chcieli by tak się stało.
- Ale… - powiedział Harry – Tak jak mówiłaś, wy też się baliście, a ty nie…
- Jestem zdrajczynią krwi, Harry. – przerwała mu – Carrow’owie wiedzieli kim jest moja rodzina. I nie zajęło im dużo czasu dowiedzenie się, że byłam z tobą blisko. Nie mogłam tego uniknąć, nawet jeśli bym próbowała. Z Nevillem było podobnie, z powodu tego, co Bellatrix zrobiła jego rodzicom. Dlatego zdecydowaliśmy się kontynuować GD. – mrugnęła, dwukrotnie – Byliśmy zdziwieni tym, jak wiele ludzi zatrzymało swoje monety. Dużo dla nich znaczyłeś, Harry.
- Ja nie…
- GD było naszą jedyną szansą na przetrwanie. – powiedziała Ginny – Ale Ślizgoni… oni musieli znaleźć inny sposób i jeśli tylko tak mogli ocalić własne życia, kim ja jestem, żeby to komentować?
- Ale ty nigdy nikogo nie skrzywdziłaś. To, co oni wam zrobili było… złe.
- Skrzywdzili nas. – zgodziła się Ginny – Ale my też krzywdziliśmy ludzi. Wszystko co robiliśmy – żarty, dywersje, wszystko – miało swoje skutki. Próbowaliśmy nie dać się złapać Carrow’om i jeśli nam się udało, odbijali to sobie na kimś innym, i to on był karany. Za każdym razem, kiedy robiliśmy coś, co naprawdę ich wkurzyło, kończyło się to źle dla jednego z uczniów. Czasami był to Ślizgon, za bycie zbyt wolnym i pozwolenie nam na ucieczkę. Myślę, że po jakimś czasie, Neville celowo dał się łapać żeby nikt nie musiał przyjmować ciosów za niego. Widziałeś jego twarz przed Bitwą. Ale ja tak nie robiłam. Ja uciekałam. Za każdym razem. – odwróciła się by być twarzą w twarz z Harrym – Nie widzisz tego? My też ich krzywdziliśmy. To byłoby głupie… To byłoby wręcz niewłaściwe, by mieć im coś za złe. Nie winię żadnego z nich. A teraz, kiedy wygraliśmy, nadal mi ich żal, bo muszą sobie poradzić z tym, co zrobili. Więc nie, nie zeznawaliśmy i tego nie zrobimy. A co do tych kilku, którzy wrócili do Hogwartu… Rozmawiałam z jednym z nich. Był w bardzo złym stanie… To było okropne.
- Co powiedziałaś?
- Powiedziałam mu, że mi przykro.
- Jak to przyjął?

Ginny uśmiechnęła się, nadal nie jej prawdziwym uśmiechem, ale czuł, że ten jest już blisko.

- Powiedział mi, że jestem idiotką.
- Jak miło z jego strony.
- A potem mi podziękował. Myślę, że był zaskoczony, to wszystko. Ale był bardzo uprzejmy. Rozmawialiśmy przez jakieś pięć minut. Nie pamiętam o czym dokładnie… o głupotach. Dzięki temu zdałam sobie sprawę, że ci ludzie, wiesz, są normalni. Jak ja, jak ty. Po prostu… normalni ludzie z rodzinami i problemami, i rzeczami, które lubią i nienawidzą. Myślę, że Hermiona miała rację i ta cała rywalizacja pomiędzy domami nie ma sensu. Może, jeśli bylibyśmy w tym samym domu, ja i ten chłopak bylibyśmy przyjaciółmi. Ale teraz już się tego nie dowiemy, ponieważ gadająca czapka tak zadecydowała. Nawet Quidditch… jest przereklamowany i napędza tą niechęć i rywalizację.
- Quidditch jest przereklamowany? Dobra. Myliłem się. Zmieniłaś się.
- Byłam kapitanem w tym roku. – powiedziała, kręcąc głową – To było wspaniałe. Nadal kocham grać. Mam nadzieję, że w przyszłym roku też będę kapitanem. Ale niektórzy ludzie za bardzo się tym przejmują. – uśmiechnęła się delikatnie – Ślizgoni wygrali Puchar.
- Nie waż się mówić tego Ronowi. Twoja rodzina cie wydziedziczy.
- Byłam zawiedziona. – przyznała – Ale Malfoy tak się cieszył…
- Malfoy? – powtórzył Harry.
- Był kapitanem ślizgonów w tym roku. I on… - nagle przerwała.
- I?
- I nic. – powiedziała – Mam na myśli to, że oni też są ludźmi, jak my.
- Nawet Malfoy?
- Nie pytasz mnie chyba poważnie? Widziałeś w jakim stanie był na procesie. Hermiona mi o tym opowiedziała. Nadal masz obsesję na jego punkcie?

Harry się zastanowił.

- Może. A może chcę wierzyć, że tak jest, żebym mógł udawać, że świat się tak bardzo nie zmienił.
- Wyglądał lepiej. – powiedziała Ginny – Głównie widywałam go kiedy grał i wtedy wyglądał… w porządku. Myślę, że będzie w porządku.
- Lepiej żeby tak było. – rzucił Harry – Nie na próżno ratowałem jego tyłek od Azkabanu.

Zaśmiała się.

- Powinniśmy częściej to robić.
- Co? Oglądać zachód słońca?
- To też. Miałam jednak na myśli rozmowę.

Odwzajemnił uśmiech.

- Tak… tak, powinniśmy. Tak jak kiedyś.
- To były dobre czasy. – powiedziała, i po raz pierwszy, wydawało my się, że dostrzegł ślad tego prawdziwego uśmiechu w jej oczach – Co się z nami stało, Harry?
- Nie wiem. – powiedział. Zamilkł, a po chwili znów się odezwał – Co jeśli… chodzi mi o to, czy myślisz, że jeśli byśmy spróbowali, moglibyśmy do tego wrócić?

Jej uśmiech zniknął, a on szybko zaczął wyjaśniać.

- Nie miałem na myśli tego. Nie… - powiedział, czując ciepło wkradające się na policzki – Rozumiem to, co powiedziałaś wcześniej, nie martw się. Mówiłem o… wiem, że myślisz, że to się nie uda, ale moglibyśmy spróbować… spróbować i być przyjaciółmi? Bo…
- Harry. – powiedziała. W tych dwóch sylabach, jego imieniu, dało się znaleźć irytację, wesołość i zamiłowanie, które ciepło otuliły jego serce – W porządku. Rozumiem. Tak.
- Więc… jesteśmy przyjaciółmi?

Ginny wyciągnęła rękę i przykryła jego dłoń. Kiedyś, jej dotyk sprawiał, że drżał.

 - Jesteśmy przyjaciółmi. – potwierdziła z prawdziwym, szerokim, wartym pisania wierszy uśmiechem. A potem dodała, by ją dobrze zrozumiał – Na razie.


Nie było to idealne, ale był to początek.

***

Nie mogę uwierzyć, że to już ostatni rozdział...
Chciałabym podziękować każdemu, kto kiedykolwiek skomentował, bo to Wasze komentarze motywowały mnie do dlaszego tłumaczenia, kiedy myślałam, że już nie dam rady. Wyjątkowo bardzo dziękuję tym komentującym, którzy są regularnymi gośćmi: Swish, La Tua Cantante, Cama Camille, Lili Blue, Florence. Chciałabym podziękować każdemu, kto kiedykolwiek obserował tego bloga, jak i tym, którzy nadal to robią. Od początku dawaliście mi nadzieję, że coś może z tego wyjść. Chciałabym podziękować każdemu, kto kiedykolwiek odwiedził tego bloga. Nie mogę się nadziwić kiedy, codziennie wchodząc tu, widzę jak rośnie ten licznik. W momencie kiedy to piszę, jest 29976 wejść, a dla mnie to wielki sukces. Dziękuję!
Nie może sie obejść bez podziękowań dla Fulgance - autorki opowiadania. Wiem, że ona nie jest w stanie tego przeczytać, ale jednak czuję, że takie podziękowanie powinnam tu zamieścić. Warto również nadmienić, że maila z podziękowaniem dostaje ona średnio co miesiąc :D Dziękuję najbardziej za to, że pozwoliła mi przetłumaczyć tą wręcz epicką historię. Dziękuję, że w ogóle podjęła się jej napisania. I dziękuję za te długie rozmowy o fabule, przyszłości opowiadania, życiu i kompletnych głupotach.
W odpowiedzi na już dosyć częste pytania na temat przyszłości bloga... Nie martwcie się! Nigdzie się nie wybieram. Zamierzam zrobić sobie krótką przerwę, ale w tym czasie mam zamiar czytać, czytać, czytać i szukać nowych opowiadań dla was. Nadal próbuję znaleźć TO jedno, które czytałam bardzo dawno temu i kompletnie się w nim zakochałam, ale pamiętam tylko zarys fabuły... :( Chcę zmienić szablon, bo uważam, że z zakończeniem tak długiego etapu, jakim było 'The Cost of Victory', zmiana jest potrzebna. Mam nadzieję, że się uda, więc trzymajcie kciuki! Jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tak daleko w moich lamentch, proszę, zamieść w komentarzu słowo 'kawa'. Nie wiem dlaczego akurat kawa... Chyba dlatego, że moja dziwnie szybko zniknęła :)

Jeszcze raz dziękuję wszystkim i życzę udanych wakacji i wspaniałej pogody.
Do zobaczenia niedługo!

xoxo
Lexie Song

EDIT
Zapraszam na pierwszą miniaturkę na Damned Hearts.

sobota, 14 czerwca 2014

Cena zwycięstwa. Rozdział 49




Rozdział 49
Przyszłość
1 lipca 1999

Te ostatnie kilka tygodni były wspaniałe dla nich obojga. Ona i Draco stworzyli razem wiele wspomnień, których żadne z nich nigdy nie zapomni. Wspomnień, które on będzie mógł przywołać kiedy będzie musiał wyczarować patronusa. Wiedziała, że on nigdy nie zapomni – i może ona też nie – tego uczucia kiedy wygrał z gryfonami w meczu o Puchar Quidditcha. Ginny była załamana. I może było to niewłaściwe, że nie kibicowała swojemu domowi i przyjaciółce, ale znów założyła srebrną spinkę z zielonymi kamieniami, a jej oczy przez cały mecz trzymały się Draco. On też o tym wiedział. Patrzył prosto na nią kiedy Znicz pojawił się tuż przed jej twarzą. Na początku tego nie zauważyła, w przeciwieństwie do niego. A potem już wszyscy to widzieli. Później, Pokój Wspólny gryfonów pogrążony był niemal w żałobie i cieszyła się, że ma powód by stamtąd zniknąć. Poszła do Pokoju Życzeń gdzie miała nadzieję spotkać Draco. Jak się okazało, był tam, i razem świętowali zwycięstwo.

- Nie powinieneś być ze swoim domem? – zapytała, skrycie zadowolona.
- Byłem. – powiedział cicho – Ale to z tobą chciałeś świętować.

Chyba po raz pierwszy w całym jej życiu tak bardzo zależało jej na meczu Quiditcha. I chyba już nigdy się to nie stanie. Ale tak naprawdę, nie chodziło tu o Quidditch.

Wspomnienia…

Teraz jechał ze Ślizgonami, a ona znalazła sobie osobny przedział. Przez te ostatnie kilka godzin chciała być sama, zanim już na dobre skończy się jej przygoda z Hogwartem. Dostała pracę w Ministerstwie i same Wybitne na OWTMach. Draco zdał wszystkie przedmioty na Zadowalający, a eliksiry, transmutację i obronę przed czarną magią na Wybitny. Nie mogła pojąć tego, że pomimo ogromnej kary, jaką musiała zapłacić jego rodzina, nadal mięli wystarczająco dużo pieniędzy by ich syn żył nie pracując, ale zdecydowała, że to nie jej sprawa. Zawsze pozostaną pomiędzy nimi sprawy, o których nie będą rozmawiać, bo tylko w taki sposób ich relacja mogła istnieć. To również był powód, dla którego nie mogła ona istnieć.

Była sama w swoim przedziale, spoglądając za okno, obserwując mijany krajobraz. To właśnie robiła przez te kilka godzin jazdy, po prostu patrzyła przez okno. Musiała odgonić łzy kiedy opuszczali stację w Hogsmeade wiedząc, że po raz ostatni podróżuje tą trasą. Nawet teraz, jej gardło było lekko ściśnięte. Nie wiedziała czy to dlatego, że wojna już się skończyła i cały stres i poczucie straty do niej wracały, i chciała jechać sama by odgonić ciemne myśli. Czy może dlatego, że już nigdy miała nie zobaczyć Hogwartu. Lub Draco.

Już nigdy z nim nie porozmawia.

Drzewa za oknem wreszcie zaczęły zwalniać i odwróciła od nich wzrok. Kiedy pociąg wreszcie się zatrzymał, wstała i z pomocą różdżki zdjęła kufer z półki nad siedzeniami. Kiedy odwróciła się w stronę drzwi, zatrzymała się gwałtownie. Draco tam był, przebrany ze szkolnych szat w niemal identyczne, w czarnym kolorze ze srebrnymi wykończeniami. Opierał się o drzwi, które były zamknięte. Jakim cudem nie usłyszała kiedy wchodził? Obserwował ją z takim ciepłem w oczach, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziała.

- Co tu robisz?
- Przyszedłem się pożegnać. – powiedział i przysunął się bliżej. Był tak blisko, że nie tylko słyszała, ale także czuła jego oddech, czuła jego ciepło na twarzy – I ci podziękować. Nie zapomnę tego.

Jego głos był ciepły i wiedziała, że mówił o tym, tym roku, ale także o tej, tej chwili.

- Nawet nie dasz nam spróbować, prawda? – mruknęła.
- Nie mogę. – powiedział miękko – Wiesz, że nie możemy.
- Ale dlaczego? – nie chciała brzmieć na aż taką zdesperowaną. Jej głos załamał się po tych dwóch słowach.
- Zrobiłbym to gdybym mógł. – powiedział – Wiesz o tym. Słuchaj…
- Boisz się.
- Tak, boję się. Nie jestem taki jak ty. Nie jestem gryfonem. Nie mogę po prostu… Nie mogę tego ciągnąć. Jedno z nas musi myśleć racjonalnie i chociaż raz będę to ja. Nie wejdę w to na ślepo. Przemyślałem to, ty również, jestem tego pewien. I oboje doszliśmy to tego samego wniosku.
- Nawet jeśli tego nie chcę?
- Szczególnie jeśli tego nie chcesz.
- Chciałabym… - zaczęła i przerwała.
- Co byś chciała, Hermiono? – zapytał.
- Chciałabym wiedzieć, - powiedziała – co by się stało jeśli byśmy spróbowali.

Był cicho przez dłuższy czas.

- Słyszałaś o życzeniach do spadających gwiazd?
- Tak. – odpowiedziała zdziwiona – Co…
- Następnym razem kiedy spojrzysz w niebo, - przerwał jej – w gwieździstą noc, zażycz sobie, najmocniej jak umiesz, do jakiejkolwiek gwiazdy. Chcę żebyś na nie spojrzała i przypomniała sobie…
I przypomniała sobie ten wieczór kiedy razem patrzyliśmy w gwiazdy i pokazałem ci moją konstelację. I wtedy będziesz wiedziała, że o tobie myślę. Dobrze? – nie pozwolił jej odpowiedzieć – Jeśli chodzi o twoje życzenie… wiesz. Wiesz co by się stało. Ale nie myśl o tym. Zapomnij o tym. Zapomnij o tym wszystkim… po prostu pomyśl o sobie i o mnie, o tej chwili. Odpuść całą resztę tak jak nauczyłaś mnie bym odpuścił moją przeszłość.

I nagle jego usta były na jej. Delikatnie, nie biorąc, ale dając. Oddając całą łagodność, z jaką traktowała go przez ostatni rok. Smakował jak sól i morze, ale może były to tylko jej własne łzy, płynące po jej twarzy. Czuła desperację kryjącą się za tym pocałunkiem. Tak samo jak wdzięczność. I otworzyła dla niego usta, pogłębiając pocałunek, ciesząc się nim, wiedząc, że będzie to ich ostatni.

Odsunął się. Spojrzała na niego, czując się trochę oszołomiona.

Jeszcze raz ją pocałował, tym razem w czoło, i uśmiechnął się.

- Do widzenia, Granger.
- Do widzenia, Draco. – powiedziała, próbując opanować drganie głosu.

A potem zniknął i tym razem, to naprawdę był koniec.

Tak po prostu.

~-o-~

Kiedy samotnie wyszła z pociągu, wszyscy tam byli. Weasleyowie. Nawet Bill i Fleur, nawet Percy i Audrey. Kątem oka widziała biegnącą Lunę i Georga łapiącego ją w talii, przytulając mocno. Stali tak, jego broda na jej głowie, jej ręka na jego klatce piersiowej, ale Hermiona była zbyt zajęta patrzeniem się na kogoś innego.

Ron tam był, stojąc obok Harry’ego, patrząc prosto na nią. Czuła jak mocno jej serce bije, kiedy powoli do niej podchodził. Ginny nagle ją porzuciła.

- Hej. – powiedział z uśmiechem, który podnosił jej serce do gardła – Jak było? Tęskniliśmy za tobą.

Nie napisał nawet raz. Nie myślała o nim – tak naprawdę – od tygodni. Ale tu i teraz, nagle, wszystko, co do niego czuła, powróciło. Uśmiechał się, jego oczy błyszczały, a jego głos był wesoły. W jakiś sposób się uleczył. I kiedy zdała sobie z tego sprawę, jej serce niemal podskoczyło z radości. Obok niego, Harry wyglądał na bardziej zrelaksowanego niż kiedy widziała go kilka miesięcy temu. Nagle poczuła ogrom miłości do nich obu i musiała zwalczyć łzy gromadzące się pod powiekami. Nareszcie jej najlepsi przyjaciele do niej powrócili.

- Było w porządku. – powiedziała – Nawet lepiej.
- Zawsze kochałaś szkołę.

Objął ją ramionami w talii i przyciągnął do siebie. Nie poczuła niczego, żadnego ciepła, ale kontakt był dziwnie uspokajający.

- Wszyscy przyszli tylko dla nas? – zapytała, rozglądając się.
- Nie zwracaj na nich uwagi. – wyszeptał z ustami nagle blisko jej ucha – Ja jestem tu tylko dla ciebie.
- Ginny to twoja siostra.
- A ty jesteś moją dziewczyną. – powiedział, biorąc jej rękę w wolną dłoń i stykając ich czoła – Lub będziesz, pewnego dnia, kiedy będziesz gotowa. Jeśli… jeśli nadal chcesz nią być. – powiedział niskim głosem i dodał – Przepraszam.
- To nie była twoja wina. – powiedziała i zdała sobie sprawę, że wierzy we własne słowa. Kiedy to się stało? – Wtedy, ja też nie byłam na to gotowa.

Wtedy… Czy to naprawdę było tylko rok temu? Czuła jakby minęło dużo więcej czasu.

- Więc… - uśmiechnął się do niej – Jest już zapóźno…? Czy może myślisz, że możemy spróbować. Ja jestem gotowy.
- Ja też.

I wtedy ją pocałował, delikatnie, w czoło. Nie było ognia, nie było ciepła. To było jak prezent, jak przeprosiny, obietnica czegoś więcej. Nie przypominało to ich pocałunku podczas Bitwy. To był świeży początek.

George zagwizdał i jak przez mgłę usłyszała jego głos.

- Nareszcie! Długo ci to zajęło!

Rozpoznała śmiech Harry’ego i Ginny też coś powiedziała. Nawet kiedy się odsunęła by pokręcić głową w ich stronę, nie mogła pozbyć się szerokiego uśmiechu.

To był długi rok. Czasami wesoły, czasami trudny i zdecydowanie pełen niespodzianek. Ale ten rok dobiegł końca. Przyszedł czas by spojrzeć w przyszłość.

Więc spojrzała na jej dłoń w dłoni Rona i powiedziała, bardziej do świata niż do siebie:
- Zróbmy to.

Ron uśmiechnął się do niej i powtórzył.
- Tak, zróbmy to.

~-o-~


Tej nocy, gwiazdy błyszczały na tle czarnego nieba. Tak jasne jak ich przyszłość.

***

CZYTASZ = KOMENTUJESZ



Rozdział niesprawdzony! Obiecuję, że zrobię to po powrocie z pracy. Nope, już zrobione! :D
Płakałam pisząc to, serio. Czy todziwne, że trochę nienawidzę Rona? To już ostatni rozdział Dramione w tym opowiadaniu. Został jeszcze tylko epilog. Jak myślicie, o kim? 
Mam nadzieję, że wam się podobał! Ja już lecę do pracy, bo się spóźnię (as always...). Jeśli to czytasz, napisz w komentarzu słowo 'cytryna'. Dziękuję z góry.
Miłego dnia!

xoxo
Lexie

wtorek, 10 czerwca 2014

Cena zwycięstwa. Rozdział 48




Rozdział 48
Czarne jak krew
25 czerwca 1999

Dzień był słoneczny. Tego typu, że zaczynasz się zastanawiać, jak pogoda może być tak kolorowa i wesoła, kiedy wszystko inne jest ponure. Byli w Dworze Malfoyów, w ogrodzie, siedzieli na brzegu fontanny. Narcyza ją zaprosiła. Lucjusz, jak jej powiedziano, był nieosiągalny. Zapewne tak było lepiej dla wszystkich. Draco miał wrócić do domu za kilka dni.

- Jak Draco minął rok szkolny? – zapytała, próbując nawiązać rozmowę.

Wyraz twarzy Narcyzy pociemniał.

- Nie wiem. – powiedziała szczerze – Nie mam pojęcia. Prawie w ogóle nie pisze i odmówił przyjazdu na święta. Wiem, że wini nas za to, co się stało. Do tego Azkaban był dla niego taki ciężki, Andromedo. Nie wiem czego mam się spodziewać na dworcu kiedy wreszcie wróci. Nie masz pojęcia, Andy, jak to jest widzieć swojego syna torturowanego – bo to jest tortura – przez dementorów dopóki ledwie możesz go rozpoznać. Nie widziałam go od sierpnia i nie wiem jak sobie radzi. Nie wiem czy… czy… - głos jej się załamał – Boję się, Andy. Nie wiem co bym zrobiła gdyby on poszedł w ślady… jeśli stałby się… jeśli zamieniłby się w Bellę.
- On… mógłby? – zapytała Andromeda, czując strach budujący się gdzieś wewnątrz.
- Nie. – powiedziała Narcyza, prostując się, z cieniem złości w oczach – Oczywiście, że nie. Ale te ostatnie lata były dla niego trudne. Musiał robić rzeczy, których nikt nigdy nie powinien robić. Patrzył na rzeczy, na które nikt nie powinien patrzeć. On nadal jest młody, Andromedo. Jest podatny na wpływy. A dementorzy… - jej głos zamarł – Nie wiesz jak to jest. – powiedziała znowu, tym razem z większą siłą.
- Wiem – powiedziała powoli Andromeda – jak to jest, stracić całą rodzinę na rzecz Śmierciożerców.

Głowa Narcyzy poderwała się do góry.

- Och… Andromedo, nie miałam tego na myśli. Wiesz, że nie myślę… Andy, ja zasłużyłam na to, co dostałam. Nasłużyłam na coś o wiele gorszego niż dostałam. Ale nie narzekam z powodu samej siebie. Martwię się o mojego syna.
- Chciałabym – zaczęła Andromeda – nadal mieć dziecko, o które mogłabym się martwić.

Spojrzała na Teddiego, który siedział na jej kolanach. Wesoły, bawił się jej długimi, ciemnymi włosami. Dziwiło ją to, że miał włosy tego samego koloru co ona. Włosy, które nie zmieniły się odkąd zdał sobie sprawę, że już nigdy nie zobaczy swojej matki. Ale jej włosy były dla niego ulubioną zabawką kiedy się nudził. Jeszcze bardziej lubił włosy Narcyzy. To mogła zrozumieć. Gładkie, długie blond włosy były stanowczo bardziej fascynujące niż brązowe.

- Mama. – powiedział, patrząc na nią.

Patrzył na nią ciemnymi oczami, nadal oczami Belli. I zachichotał.

- Nie mama. – powiedziała, wzdychając – Andy. Spokojnie, kochanie. – dodała kiedy Teddy powiedział coś niezrozumiałego płaczliwym głosem.

Ogólnie mówiąc, Teddy był niesamowicie inteligentnym dzieckiem, ale próby uświadomienia go, że ona nie jest jego matką były równie nieskuteczne jak próba spadania w górę. Nie mogła go za to winić. Jakie dziecko nie chciało mieć matki? Ale zaczęła go poprawiać, bo za każdym razem kiedy to mówił, jej serce rozpadało się na jeszcze więcej kawałków, kiedy przypominała sobie głos Nimfadory, jej uśmiech, jej twarz.

Czy martwiła się o Teddiego? Oczywiście, że tak. Ale to nie było to samo. To był syn jej córki, ale nie był jej dzieckiem. Za każdym razem, kiedy na niego patrzyła, przypominała sobie o tym. Przypominała sobie o swojej martwej córce. Również o jej zięciu, którego za życia nie doceniała wystarczająco. Był dobry dla jej córki, teraz o tym wiedziała. Ale była do niego taka ostra…

Znów spojrzała na Narcyzę. Oczy jej siostry nadal były pełne strachu i szeroko otwarte.

- Andromeda, tak bardzo za to przepraszam…
- Wiem jak to jest być matką. – przerwała jej Andromeda – Moja córka dorastała szczęśliwa, z rodzicami, którzy ją kochali i nie próbowali jej kontrolować. Wyrosła na wolną i zdecydowaną kobietę. Poślubiła człowieka, którego kochała z całego serca pomimo jego… wad. Była szczęśliwa. Rok temu musiałam ją pochować. Musiałam patrzeć jak opuszczają do ziemi jej ciało. Musiałam wybrać napis na grobie mojej własnej córki. Rozumiesz to, Cyziu? Rozumiesz co to robi z człowiekiem? Nikt nie powinien być zmuszony do pochowania własnego dziecka. Nikt nie powinien żyć dłużej niż własne dzieci. Wierz mi, Narcyzo, wiem co to znaczy być matką. Wiem również jakie to uczucie kiedy twoje serce rozpada się na milion części. Więc wydaje mi się, że mogę zrozumieć co teraz czujesz.
- Przepraszam. – powiedziała cicho Narcyza – Wiesz, że nie to miałam na myśli. Ja tylko… tak jak powiedziałaś, Andromedo, wiesz jak to jest być matką. Kocham Draco całym moim sercem. Po prostu… czasami zapominam o całej reszcie kiedy o nim myślę.
- Wiem. – odpowiedziała Andromeda – Nie mam ci tego za złe. Pomimo wszystkiego, on jest moim siostrzeńcem. W pewnym sensie.
- W każdym sensie. Krew Blacków jest silna, Andromedo. My zawsze będziemy twoją rodziną.

Zaśmiała się sucho.

- Och to brzmi dobrze w twoich ustach. ‘Zawsze będziemy twoją rodziną’. Gdzie byłaś Narcyzo, kiedy rodziła się twoja siostrzenica? Gdzie byłaś kiedy nasza rodzina mnie wydziedziczyła? Gdzie byłaś kiedy Bella próbowała mnie zabić? W naszym przypadku, woda jest silniejsza niż krew. Kiedy was opuściłam Narcyzo, poznałam wielu niesamowitych ludzi. Poślubiłam mężczyznę, którego kochałam i miałam niesamowitą i piękną córkę. Nigdy nie będę żałowała życia, jakie wiodłam, kiedy opuściłam rodzinę. To ty podjęłaś złą decyzję. Ty i reszta naszej rodziny. Twój syn również.
- Krew, która sprawia, że jesteśmy siostrami…

Odepchnęła wyciągniętą rękę Cyzi.

- Jeszcze nie zrozumiałaś, Narcyzo? Jeszcze nie zrozumiałaś, że nie ma czegoś takiego jak czysta, szlachetna, nieskalana krew Blacków? W nas wszystkich płynie taka sama krew. – wskazała głową na Teddiego – To jest syn twojej siostrzenicy. Jest pół-krwi, a jego krew jest tak samo czerwona jak moja czy twoja. Krew jest czerwona, Narcyzo. Nie jest brudna. Nie jest czymś, z czego można być dumnym. A już na pewno nigdy nie jest czarna. Jest czerwona.

Teddy zapłakał w jej ramionach, przestraszony jej głosem.

- Wierzę ci. – powiedziała Narcyza – Wierzę ci. Przestań, Andromedo. Nie próbowałam nikogo oskarżać. Czy naprawdę sądzisz, że za każdym razem, kiedy patrzę na Teddiego myślę o jego ojcu-wilkołaku i matce pół-krwi, i go nienawidzę? Kocham tego chłopca, Andromedo. Wiesz o tym.
- Po prostu się martwię. – powiedziała Andromeda, patrząc w dół na swojego wnuka – Nie byłam w stanie ochronić jego rodziców. Mojej córki. Jak mogli mi powierzyć swojego syna? Martwię się o niego. Nie wiem, czy będę mogła zrobić to, co dla niego dobre. Nigdy nie będę w stanie zastąpić mu rodziców. Powinni tu być, dla niego.
- Po prostu wychowaj go tak, jak wychowałaś swoją córkę. Wychowaj go na szczęśliwego człowieka.
- Myślę, że wiem. – przyznała Andromeda – Wiem, że kochasz Teddiego.
- Twoją córkę też bym kochała, jeśli bym ją poznała.

Andromeda gwałtownie wciągnęła powietrze i zamknęła oczy. Te słowa brutalnie przywołały obraz Nimfadory. Jej oczy, jej głos, jej niezdarność, jej… wszystko. Nimfadory, która mogłaby przeżyć jeśli jej matka nie byłaby z rodu Blacków, jeśli jej ciotka nie byłaby szalona.

Palce Cyzi przykryły jej dłoń i otworzyła oczy. Narcyza znów wyciągnęła do niej rękę, ale ona znów ją odepchnęła. W oczach jej siostry znów zobaczyła ból. Potem ta odwróciła wzrok i cicho wykrzyknęła.

- Andy, spójrz na Teddiego.
- Ja dopiero… - zamarła i wpatrywała się w swojego wnuka.
- Mama. – powiedział Teddy, ciągnąc ją za rękaw – Mama…

I nie miała odwagi mu powiedzieć, znów, że nie jest jego matką. Bo… Bo włosy Teddiego były brązowe, niemal czarne. Takie same jak Andromedy. A właśnie stały się jasnoniebieskie. Tak niebieskie jak niebo w słoneczny dzień. Jak jasne jak łzy, które zaświeciły się w oczach Cyzi. Jak jasne jak jego przyszłość w świecie wolnym od wojny.

- On sobie poradzi, Andy. Obiecuję.


Narcyza znów wyciągnęła rękę by uścisnąć jej dłoń i tym razem, pozwoliła jej.

***



Zdecydowanie mój ulubiony rozdział :) Chciałabym przeczyatć o pierwszym spotkaniu Draco i Teddiego.
Nie mogę uwierzyć, że jeszcze tylko dwa rozdziały do końca. Kiedy zaczynałam tłumaczenie tego opowiadania, kiedy zakładałam tego bloga... nie sądziłam, że odniesie on aż taki sukces. Dlatego DZIĘKUJĘ wszystkim, którzy kiedykolwiek tu zajrzeli, przeczytali, skomentowali, obserwowali. You all make me happy as fuck :D A teraz czas na eksperyment zainspirowany gościem o nazwisku Tyler Oakley (jego kanał na YouTube możecie znaleźć tutaj). Jeśli przeczytałaś/przeczytałeś notkę pod rozdziałem, napisz w komentarzu słowo 'marchewka'. Dziękuję :) 
Może mi ktoś wytłumaczyć, co się dzieje z pogodą w Dundee? Bo ja nie ogarniam :/ Btw, planuję kupić nowy telefon, bo (wierzcie lub nie) obecnie używam Samsung Corby. Tak, dobrze przeczytaliście. Więc moglibyście wyrazić swoje opinie lub podzielić się doświadczeniami z iPhonem 4/4S?? Lub może polecić jakiś inny telefon, który nie jest zbyt duży. Byłabym niezmiernie wdzięczna.
Oprócz tego, myślę nad zmianą szablonu. Może ktoś chciałby wykonać nowy? :D
Założyłam nowego bloga! Mam zamiar publikować na nim opowiadania swojego autorstwa. Będą to 3 partowce. Czasami miniaturki. Nie tylko HP. W wielkim skrócie, to będzie miejsce, gdzie Lex wrzuca całą swoją twórczość. Pierwszy rozdział już niedługo. I będzie to Dramione! :D Zapraszam serdecznie. Tutaj macie linka.
Mam nadzieję, że koniec roku szkolnego mija wam bez zbędnych stresów :)

xoxo
Lexie

wtorek, 3 czerwca 2014

Cena zwycięstwa. Rozdział 47




Rozdział 47
Co oni ci zrobili?
27 maja 1999

Kiedy Katie przyszła w odwiedziny, jej oskarżycielski wzrok niemal go zabił.

Nie widział jej od wielu dni. Prawdę mówiąc, nie oczekiwał, że ją jeszcze kiedykolwiek zobaczy. Bo Katie to Katie, a ona nigdy by mu nie wybaczyła. On nawet nie chciał żeby mu wybaczono. Wstydził się tego co zrobił, ale tego nie żałował. I właśnie tego nie mogła mu wybaczyć.

A jednak tu była, na jego progu – Georga progu – patrząc na niego swoimi dużymi, ciemnymi oczami z mokrymi rzęsami, jakby płakała.  Zastanawiał się dlaczego. Kiedyś wziąłby ją w ramiona i zapytał co się stało i jakoś jej pomógł. A przynajmniej by się z nią przywitał. Teraz jedynie odsunął się w ciszy by mogła wejść. Rozejrzała się po pustych ścianach, Po pustym pomieszczeniu.

- To miejsce wygląda jeszcze gorzej niż przedtem. – powiedziała.

Roześmiał się. Przestawił wszystko do małego pokoju na tyłach. Planował przemalować to miejsce i poprzestawiać meble, a żeby to robić, musiał wynieść wszystkie produkty.

- Będzie lepiej. – zapewnił ją – Po prostu spakowałem wszystko by trochę posprzątać i przeorganizować. Za kilka miesięcy, Magiczne Dowcipy Weasley’ów będą znów otwarte.

- To by było miłe. – powiedziała – Dobrze, że znowu zapalacie światło. Lee, jak się trzyma George?

Według Lee, George miał się znakomicie, ale znakomicie w jego opinii nie znaczyło znakomicie według standardów Katie. George miał się lepiej niż przez te ostatnie kilka miesięcy. Okresy kiedy był nie do życia były już krótkie. Jadł. Rozmawiał. Pomógł Lee przebić się przez bałagan w sklepie. Nie przeżył, on przetrwał.

- Jest lepiej. – powiedział wreszcie, uśmiechając się delikatnie – Na tyle na ile można było się spodziewać.

Rzuciła mu oburzone spojrzenie, które dostrzegł i zrozumiał. Znaczyło, jak możesz się w ogóle uśmiechać? Od czasu wojny, wiele ludzi zazdrościło innym ich szczęścia. Tylko kilka miesięcy wcześnie, był jedną z tych osób. Nigdy nie sądził, że Katie też może się nią stać.

- A ty? Jak ty się trzymasz, Lee?

Wzruszył ramionami.

- Na tyle dobrze, na ile można się było spodziewać. – znów powiedział – Chyba nawet lepiej. Nie sądziłem, że zobaczę jeszcze kiedyś słońce, wiesz? Myślałem, że wyląduję w Azkabanie do końca mojego życia.

Wiedział, że by go uratować, Harry i Kingsley, zwykle bardzo szczerzy, musieli pociągnąć za tyle sznurków ile mogli i użyć ich reputacji jak najzwinniej. Nadal nie wiedział dokładnie dlaczego to zrobili, ale to zrobili.

- Zasłużyłeś na to. – powiedziała gorzko.
- Zasłużyłem. – zgodził się – To się nie zmieniło. Ale Katie, ja tego nie żałuję. – powiedział patrząc jej prosto w oczy – Nie żałuję.
- Wiem o tym. – powiedziała – To chore.

Lee kiwnął głową. Spodziewał się tego.

- Chodź na górę. – rzucił – Sama zobaczysz jak George się miewa.
- Nie, nie trzeba. – odpowiedziała – Ja… zostanę tutaj na chwilę. I tak muszę niedługo wracać do domu.

Znów rozejrzała się po pomieszczeniu, a potem podeszła do pustej półki. Przejechała po zakurzonym brzegu palcem.

- Wydaje mi się, że pamiętam gdzie wszystko stało. – powiedziała miękko – Tam była sekcja mugolskich kawałów… A tam był kącik dziewczyn.
- Chciałabyś wpaść kiedy będziemy wszystko znów ustawiać? – zapytał impulsywnie.

Spojrzała na niego.

- Nie. – powiedziała cicho – Nie sądzę.

Winiła go. Ona… go nienawidziła? Nie, to nie było to. To było tylko oskarżenie. Ciche, mocne, siedzące w jej ciemnych oczach. Kiedyś trzymał ją w ramionach, całował ją i mówił, że ją kocha, a teraz ona ledwie mogła wytrzymać z nim kilka minut w jednym pomieszczeniu. Czy naprawdę był tym potworem, którego ona w nim widziała? Czy zasłużył na takie traktowanie?

Dlaczego o w ogóle było ważne? Zrobił to co zrobił.

- Nie rób tego. – powiedziała ostro, wyrywając go z przemyśleń.
- Czego?
- Nie patrz tak.
- Jak?
- Jakbyś… jakby już nic się dla ciebie nie liczyło.

Uśmiechnął się pomimo tego, że nie było w tym nic wesołego.

- A jeśli to prawda?
- To jest jeszcze gorzej niż myślałam. – powiedziała – Lee, ja już cię nie poznaję. Co oni ci zrobili?
- Zabili mojego najlepszego przyjaciela.
- I to wszystko usprawiedliwia? To cię upoważnia do torturowania kogoś?
- To nie był ‘ktoś’, Katie. To był on.
- Rookwood. Tak, wiem. Ten, który zabił Freda. – znów spojrzała na półkę – Lee, dlaczego musiałeś z tego wszystkiego zrobić taki bałagan? Jakby to nie było wystarczająco trudne.
- Ja zrobiłem z tego bałagan? To już był bałagan, Katie, i wiesz o tym.
- Ja wiem, każdy wie, ale każdy próbował, Lee. – odpowiedziała – Każdy próbował poradzić sobei z nim w odpowiedni sposób. W jedyny sposób.
- Nasz na myśli, że próbowali zapomnieć. – powiedział zimnym głosem.
- Nie, zaakceptować. – rzuciła – Nawet George, w swój własny sposób… Bogowie, Lee, nawet George by tego nigdy nie zrobił. – podniosła głos – Dlaczego ty to zrobiłeś?
- Chcesz szczegółów?

Usłyszał jak nabrała szybko powietrza. Ścisnęła półkę tak mocno, że jej knykcie były białe.

- Do cholery, Lee. – powiedziała – Ty…  Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie wiem. – odpowiedział szczerze.
- Nie musiałeś. – oparła głowę o półkę – Mogłeś go po prostu schwytać i wrzucić do Azkabanu na resztę jego życia… Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie wiem, Katie. – powtórzył – Po prostu… Po prostu coś mnie naszło kiedy go zobaczyłem.
- Tylko tyle? – zapytała – Co wtedy czułeś? Czy czułeś się upoważniony do zrobienia tego, co zrobiłeś? Może czujesz się teraz lepiej, po tym jak torturowałeś człowieka?
- Nie. – powiedział – Katie, popatrz na mnie.

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. Zagubienie zastąpiło oskarżenie w jej oczach. Poczuł ukłucie w sercu kiedy na nią patrzył.

- To nie tak. Nie zrobiłem tego… bo myślałem, że to powinienem. Wcześniej o tym w ogóle nie myślałem. Po prostu… rzuciłem zaklęcie, a to co poczułem to nienawiść, złość i ból. Nic nowego.
- Więc zmarnowałeś swoją karierę na nic.
- Moją karierę? To nigdy nie była kariera. Nigdy nie miałem zamiaru być aurorem na dłużej, Katie. Miałem zamiar odejść po tym jak złapiemy Rookwooda. Ja lub ktokolwiek inny. Wiesz, że jedynym powodem, dla którego do nich dołączyłem było by wrzucić go do Azkabanu.
- A nie by go zabić?

Zamarł.

- Nie. – powiedział po chwili – Nie by go zabić. Nie sądzę.
- Więc jak możesz tego nie żałować? Jak możesz nie wiedzieć, że to było złe?
- Ja wiem, że to było złe. Ja po prostu mam to gdzieś.

Spojrzała na niego i tym razem jej oczy były pełne odrazy.

- Jesteś popierdolony, Lee.
- Wiem.
- Ange powiedziała mi, że byłeś dobrym aurorem.
- Naprawdę? – zapytał zdziwiony – Nigdy nie lubiłem tej pracy. Nie za bardzo. Ale byłem dobry na zajęciach – wzruszył ramionami – Harry zawsze wygrywał w pojedynkach, ale poza tym, byłem na czele klasy.
- Jakim cudem? – chciała wiedzieć – W Hogwarcie nigdy nie byłeś tak dobry.
- W Hogwarcie nigdy się nie uczyłem. – wyjaśnił – Teraz było inaczej. Nie dlatego, że to lubiłem, ale dlatego, że chciałem być w tym dobry żebym miał szansę złapać Rookwooda.

Katie pokręciła głową.

- Zmarnowałeś rok życia ganiając za Śmierciożercą, który i tak zostałby złapany. I zaprzepaściłeś swoje całe życie rzucając Zaklęcie Niewybaczalne. Jakie to uczucie, Lee, wiedzieć, że zdołałeś stracić wszystko w ciągu tych pięciu, najgłupszych sekund swojego życia?
- Genialne. – powiedział.

Poderwała głowę do góry, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.

- Czy ty w ogóle jesteś jeszcze człowiekiem, Lee?
- Jestem szczery. – odpowiedział – Od roku nie czułem się tak żywy. Po części to dlatego, że nie muszę się już uczyć, ale część to złapanie Rookwooda, Katie… i dlatego tego nie żałuję. Czuję, gdzieś głęboko… że musiałem to zrobić. Dla siebie. – dodał szybko, kiedy brwi Katie uniosły się – Nie była to legalna rzecz. Ani moralna. Ale dla mnie… naprawdę sądzę, że to jedyny sposób, w jaki mogłem odnaleźć spokój.
- Masz na myśli torturowanie kogoś?
- Nie. – powiedział ostrzej – Merlinie, Katie. Miałem na myśli złapanie go i świadomość, że te miesiące tropienia go, w końcu na coś się zdały. Coś znaczyły.
- Chyba zwymiotuję. – mruknęła, opuszczając wzrok.

Podszedł do niej i wziął do rąk jej dłoń.

- Katie, spójrz na mnie.

Z oporem podniósł głowę. Jej oczy były wilgotne, łzy prawie zalewały jej policzki, jej usta były delikatnie rozchylone. Ból, dezorientacja, niedowierzanie, to widział.

Tak bardzo chciał ją pocałować, że było to bolesne.

- Katie. – powiedział znowu – Przepraszam. Przepraszam za to, co zrobiłem. Przepraszam, że cię to zraniło. Do cholery, przepraszam za każdy raz, kiedy cię zraniłem.

Delikatny uśmiech zabłąkał się na jej ustach.

- Nie masz pojęcia za jak wiele przepraszasz.
- Wiem. – uniósł jej rękę i odważył się złożyć delikatny pocałunek na jej nadgarstku – I za to tez przepraszam.

Oczekiwał, że się odsunie, ale tego nie zrobiła. Pozwoliła mu trzymać jej ręce i przysunęła się do niego, opierając głowę na jego klatce piersiowej, nie mówiąc ani słowa. Po kilku sekundach, Lee puścił jej ręce i otoczył ją ramionami, opierając brodę na jej głowie. Jej włosy pachniały tak samo. Poczuł, po kilku sekundach wahania, jak jej ręce oplatają go w pasie.

- Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. – wyszeptał.
- Jest wiele rzeczy, których nigdy nie chcieliśmy. – powiedziała głosem stłumionym przez jego koszulkę – Ja też nie chciałam żeby Fred umarł. Nie chciałam byś stał się… tym czym się stałem.
- Wrócę. – przysiągł – Nie wiem czym się stałem, ale to nie jest trwałe, Katie. Już przez ten miesiąc wiele się zmieniło. Przysięgam… wrócę.

Odsunęła się delikatnie, odchylając głowę do tyłu, stając na palcach by go pocałować. Składał na jej ustach pocałunki delikatne jak dotyk motyla, ledwie wyczuwalne, ale wystarczające by poczuł dreszcz przechodzący po jego kręgosłupie. A potem ona odsunęła się od niego całkowicie i powiedziała:


- Nie mogę się ciebie doczekać.


niedziela, 1 czerwca 2014

Cena zwycięstwa. Rozdział 46




Rozdział 46
Łzy z Nieba
2 maja 1999

Woda spadała z nieba, bez miłosierdzia mocząc zgromadzonych czarodziei. Zatrzymywała się na ziemi w głębokich, lodowatych kałużach i płynęła wolno do jeziora. Maj i wszechobecny deszcz. Samo niebo płakało na życiami, które stracono.

Pod niebem stało ponad sześćset czarodziei z pochylonymi głowami. Niektórzy z nich mogliby rzucić tarczę na pozostałych by ochronić ich przed wodą, ale nikt tego nie zrobił. Wielu z nich spędziło ostatni i rok próbując uporządkować własne życia, ale nikt tak naprawdę nie zapomniał o Bitwie. Teraz te wspomnienia uderzyły ich ze zdwojoną siłą, pochylając ich głowy i zgarbiając ramiona. Trzysta uczniów Hogwartu, wliczając tych powtarzających siódmy rok, stało na czele tłumu z włosami przyklejonymi przed z deszcz do głów. Wpatrywali się w pomnik. Niektórzy mieli tylko jedenaście lat, inni mieli już swoje dziewiętnaste urodziny. Większość z nich trzymała się za ręce z przyjaciółmi, niektórzy nawet przytulali się i płakali. Za nimi stali rodzice, rodziny, przyjaciele, byli studenci i ludzie, którzy stracili wszystkich, tworząc osobny tłum. I tam była ona, z Georgem, trzymając się za ręce. Jego druga dłoń była zaciśnięta w pięść, a jego usta poruszały się szybko, ale nie wydawały żadnego dźwięku. Zdała sobie sprawę, że może się modli.

Jej druga ręka trzymała mocno rękę Katie, która potrzebowała dużo czasu by dać się przekonać by przyszła. Jej nienaturalna bladość była podkreślona przez czarne włosy przyklejone do jej twarzy. O krok dalej stał Lee, potem Oliver, który wyglądał mizernie. Potem była Alicia, która zostawiła małą Merry „z kimś”. Alicia płakała cicho. Jej łzy można było pomylić z deszczem spływającym po jej policzkach, ale jej twarz mówiłą sama za siebie.

Minął już rok. W rok – szybki, ciężki rok – stało się tyle rzeczy. Katie się obudziła, życie Olivera się zrujnowało. Alicia urodziła dziewczynę, Lee oddał słoje życie zemście. Co się z nim stało? Zastanawiała się. Rookwood był za kratkami, zamknięty w Azkabanie na zawsze, za to była wdzięczna. Ale zgodnie z prawem, Lee też powinien tam być, w celi obok. Tylko patrząc na niego wiedziało się, że zrobił coś złego i będzie nosił to w sobie przez resztę swojego życia. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy po schwytaniu Rookwooda, niemal się go bała. I właśnie wtedy zdecydowała, że musi pozwolić przeszłości odejść. Wszystko było lepsze niż to, co zrobił Lee. Pozwolił przeszłości go prześladować i niszczyć, kawałek po kawałku.

Kiedy obserwowała wszystkich, czuła się dziwnie oddalona. Nawet kiedy George ścisnął jej rękę tak mocno, że aż ją zabolało. Nawet kiedy usłyszała „Fred…” wydobywające się z jego ust. Próbowała nie myśleć o Fredzie. Minął jeden rok i nie mogła wyobrazić sobie siebie w żałobie przez następny rok. Robiła to przez kilka miesięcy zanim niemal ją to zniszczyła i od tamtego czasu próbowała zapomnieć i wyciągnąć Georga z jego żałoby.

- Ange – powiedział nagle George, przerywając swoją litanię – Ange, tu jest zimno. Możemy wejść do środka?

Angelina kiwnęła lekko. Jeśli zależałoby to od niej, zostałaby na zewnątrz na zawsze. Deszcz spadający na jej ramiona był jak kara, pokuta i wybaczenie. Zbliżał ją do Freda nawet jeśli próbowała o nim nie myśleć. Ale George miał rację, na zewnątrz było zimno. Tłum i tak niedługo rozejdzie się na boki by znaleźć groby ukochanych i stanąć tam, a nie tutaj. Lub może zejdą się w Wielkiej Sali z uczniami. Podążyła za Georgem do środka i zamarła kiedy wspomnienia w nią uderzyły.

George też się zatrzymał.

- Ange?

Nie odpowiedziała, ale zacisnęła mocno oczy, próbując odgonić wspomnienia. Była w zamku, weszła do Wielkiej Sali, zobaczyła rudowłosego mężczyznę na posadzce, płakała. Na początku nie wiedziała, który to z nich, ale nadal czuła ten ucisk w brzuchu jakby ktoś ją porządnie uderzył z pięści. Obaj byli jej przyjaciółmi, jej partnerami na boisku do Quidditcha. Oboje byli przyjaźni i odważni. Kiedy spojrzała z góry na ciało Freda, poczuła się zdrętwiała w środku. Wtedy nie wierzyła. Po raz pierwszy tak naprawdę poczuła jego stratę kiedy później zobaczyła tego tabliczkę na ścianie: 1 kwietnia 1978 – 2 maja 1998. Wtedy zdała sobie sprawę… tak naprawdę… że Fred odszedł.

Fred odszedł.

Już nigdy więcej nie będzie trzymał jej w ramionach, nie sporzy na nią w ten wyjątkowy sposób, nie powie żartu i nie uśmiechnie się z satysfakcją kiedy ona wybuchnie śmiechem, nie będzie udawał, że mu przykro kiedy ona jest na niego zła.

­- Idź do diabła. – powiedziała mu raz podczas ich kłótni – Idź do diabła i nie wracaj!

Później się pogodzili. Porozmawiali o tym, przytulili się, pocałowali i kochali się. A stało się się wiele tygodni przed bitwą. Ale nie mogła pozbyć się tego wspomnienia.

- Nienawidzę cię. – powiedziała podczas ich ostatniej kłótni – Naprawdę.

Chodziło o coś głupiego. Nie była już nawet pewna o co. Ale rozmowa była wystarczająco jasna – Fred się uśmiechał kpiąco, a ona była na niego wściekła, bo on nigdy nie brał niczego poważnie. I powiedziała mu, że go nienawidzi.

Wspomnienia wracały, nie powoli, ale szybko i mocno jak deszcz na zewnątrz. Nie te dobre wspomnienia, nie uśmiechy, nie pocałunki, nie te dobre chwile, ale wszystko okrutne, wszystko złe, co kiedykolwiek powiedziała do Freda.

Jesteś strasznym idiotą. Dlaczego ja w ogóle z tobą jestem? Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałeś. Jak bardzo głupim można być? Nie, nie jesteś śmieszny. Idź do diabła. Nienawidzę cię. Nienawidzę cię. Nienawidzę cię.

Zastanawiała się czy jej uwierzył. Czy umarł myśląc, że ona go nienawidzi.

Byli razem, a potem nie byli. Tak wyglądał ich związek. Podczas Bitwy, nie byli parą. Oboje mieli wiele do przemyślenia… zbyt wiele zmartwień by przejmować się tym drugim. Dlaczego? Dlaczego nie spędzała z nim więcej czasu? Nie przytulała i całowała go, nie powiedziała, że go kocha i zawsze będzie? Dlaczego była tak ślepa? Dlaczego nie wykorzystała każdej wspólnej sekundy z nim – każdej sekundy kiedy nadal żył? Dlaczego nie zawsze stała u jego boku?

- Ange? – powiedział znów George.

Otworzyła oczy. George wpatrywał się w nią zmartwionym wzrokiem. Wyglądał na zagubionego z rękami przyciśniętymi do boków.

Dlaczego była tak bezużyteczna i nie była w stanie pomóc tym, których kochała?

~-o-~

- Przepraszam – powiedziała Angelina – Po prostu…

Była blada, jeśli było to możliwe. Wyciągnęła rękę by oprzeć się o ścianę i wzięła głęboki oddech.

- Po prostu… - powiedziała znów i przerwała. Uśmiechnęła się do niego blado – Chyba własnie zdałam sobie sprawę jak bardzo za nim tęsknię.
- Powinniśmy wejść do Wielkiej Sali. – powiedział po chwili.
- Za dużo ludzi. – rzuciła – Za dużo dzieciaków. Muchę odetchnąć…

Powoli ześlizgnęła się po ścianie aż siedziała na podłodze oplatając kolana rękami. Siedząc tak, sama wyglądała jak dziecko. Jej warkoczyki opadały na twarz, jej broda oparta na kolanach.

Usiadł obok niej ze skrzyżowanymi nogami.

- Wiesz… - zaczął – Ja naprawdę nie uważam, że moja żałoba jest ważniejsza od twojej.

Podniosła na niego wzrok z niemal surowym wyrazem twarzy.

- Nigdy nie powiedziałam….
- Wiem, że czasami może to tak wyglądać. – wtrącił – Ale tak nie jest, naprawdę. Po prostu… przez ostatnie kilka miesięcy byłem w pewnym sensie ślepy…. Na to, co wszyscy inni czują. Ale wiem, że za nim tęsknisz, Ange. Oczywiście, że za nim tęsknisz.

Drzwi do zamku otworzyły się i blond włosa rodzina weszła do środka, nie zaszczycając ich spojrzeniem. Angelina obserwowała jak przechodzą.

- Ja nie tęsknię za nim tak bardzo jak ty. – powiedziała – I to jest fakt. Część mnie zawsze będzie za nim tęsknić, ale my nigdy nie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. My byliśmy… chodzi mi o to, że kochałam się w nim od czasu Hogwartu, umawialiśmy się, ale… Nie znałam go tak dobrze jak ty. Nie będę za nim tęsknić tak bardzo jak ty.
- Ale za nim tęsknisz. – naciskał – Ange, czasami się zastanawiam… - zaczął, po czym przerwał – Nie mogę przestać myśleć. – znów zaczął – Czasami… Jeśli to byłbym ja…
- Przestań. – powiedziała stanowczo Angelina.
- Byłoby łatwiej. – dokończył pomimo tego – Dla każdego. Ty nie cierpiałabyś tak bardzo…
- Czy ty oszalałeś, George? – wykrzyknęła.

Spojrzał na nią. Wyglądała na szczerze zdenerwowaną.

- Jak możesz w to wierzyć? Jak możesz tak w ogóle myśleć?
- Nie możesz zaprzeczyć – powiedział – że kiedy zobaczyłaś… nas… w Wielkiej Sali, nie miałaś nadziei… - spojrzał jej w oczy i gdzieś głęboko w sobie znalazł odwagę by kontynuować – Miałaś nadzieję, że to byłem ja.

Wtedy odwróciła wzrok.

- Wcale nie. – powiedziała, po czym przeklęła pod nosem – Naprawdę, George! Nie chciałam tego… Przeszło mi to przez myśl. Kochałam go. Wiesz, że to prawda. To było głupie, samolubne, straszne…
- To było normalne. – wzruszył ramionami, po czym zapytał o coś, co już wcześniej chodziło mu po głowie – Jak myślisz, jak on by to przetrwał… poradził sobie? Jeśli to byłbym ja.

Ręka Angeliny przemknęła by przykryć jego. Ciepło z niej promieniujące było zaskakująco szczere.

- Jeśli kiedykolwiek chciałabym… - powiedziała cicho – byś ty i Fred zamienili się miejscami, byłoby to tylko po to, by oszczędzić ci tego bólu. Fredowi pomogłabym bardziej niż… bardziej niż… - zacięła się.
- Pomagasz mi. – powiedział – Przysięgam.

W przeciwieństwie do niego, Angelina płakała. Ogromne łzy spływały po jej policzkach i opadały na podłogę. Nie wykonała żadnego ruchu by je wytrzeć lub ukryć. Nadal wpatrywała się w Georga, napawając się jego wyglądem, a jej usta ułożyły się w najsmutniejszy z uśmiechów.


Na zewnątrz, niebo płakało razem z nią.

***

CZYTASZ - KOMENTUJESZ

Witam wszystkich! Przepraszam za kolejną przerwę :/ Mam nadzieję, że podoba wam się rozdział. 
Jak wam mija koniec roku szkolnego? Ja już jestem po egzamianch, oddałam też już wszystkie prace semestralne więc mam wakacje :D

Miłej niedzieli!
Lex
Calliste Bajkowe szablony